niedziela, 8 października 2017

Podsumowanie września

No to podsumujmy sobie wrzesień.

Mamy rekord! 152 km wybiegane. Niby tylko 1 km więcej niż do tej pory, ale cieszy jak cholera :)


Na ten wynik złożyło się 11 treningów i jeden bieg w zawodach podczas GUR w Radkowie :)

Fajny miesiąc. Biegało się świetnie. Dystanse robią się powoli co raz dłuższe. Ponownie wracają różne elementy budowania siły biegowej. To co muszę jednak zmienić, to urozmaicenie mojej ścieżki treningowej, bo ja mam po Ślężnej i Borowskiej biegać 20 km na treningu 2 razy w tygodniu to porzygam się tęczą ;) A ten dystans trzeba będzie jeszcze bardziej zwiększać skoro w 2018 chcę zrobić maraton i (przynajmniej) 2 biegi ultra

To, że biegało się jakoś lżej dłuższe dystanse, to też zasługa treningów crossfitowych. Dopiero wdrażam się w świat tych takich treningów, ciągle się jeszcze muszę uczyć techniki, ale na wydolność są rewelacyjne. 

Plan jest taki, żeby przez zimę chodzić 2 razy w tygodniu i budować formę na 2018. Mam nadzieję, że kontuje będą mnie omijać i ta obecna (cholernie mocne stłuczenie pleców w okolicach nerki) to ostatnie co mnie spotkało.

Same zawody w Radkowie opisałem już gdzieś indziej, więc powtarzać się nie będę. No może poza tym, że miłość do biegów górskich płonie z co raz większą mocą :) Z asfaltów nie zrezygnuję całkowicie w przyszłym roku, ale jednak więcej górek będzie :)

Teraz nastał październik. Treningi po robocie już bezapelacyjnie muszą być z czołówką, żeby znowu nie wywinąć orła na korzeniu w parku ;) 

1000 km pękło już jakiś czas temu. Kolejnym celem to dobicie do 1500 km, chociaż o to może być ciężko, ale zobaczymy.

Tymczasem wszystkim życzę owocnego okresu roztrenowania, budowania formy na przeszyły rok, czy sfinalizowania korony w Krakowie.

Do zobaczenia na trasie.


wtorek, 3 października 2017

Król GUR - Garmin Ultra Race

Minęło już niestety sporo czasu i dopiero zebrałem się w sobie, żeby napisać kilka słów o Garmin Ultra Race na dystansie 24 km, w którym wziąłem udział 19 września.

Dzięki temu, że na fb sukcesywnie mam co raz więcej polubionych profili biegowych, to wyskakują mi różne reklamy, czy informacje o biegach, o których istnieniu wcześniej nie miałem pojęcia.

I tak swego czasu wpadł mi w oko GUR czyli Garmin Ultra Race w Radkowie. Do wyboru 3 dystanse - 9, 24 i 53 km (i jeszcze dystans dla dzieciaków).

Na ultra faktyczne jeszcze nie czułem się na siłach, ale 24 korciło strasznie, więc długo się nie namyślając zapisałem się. Cieszyłem się tym bardziej, że przez koronę połówek w tym roku nie mogłem wystartować w Sobótce a że do biegów górskich mnie zdecydownaie ciągnie, tak więc GUR 24 miał być jednym z głównych startów sezonu.

Pozostało jeszcze poszukać noclegu z wyprzedzeniem. Wypadło, że znaleźliśmy hotel w niedalekich Dusznikach Zdrój.

Teoretycznie mogliśmy jechać w niedzielę rano (ultrasi startowali w sobotę, reszta w niedzielę właśnie), ale na wyjazdowych biegach wolę być dzień wcześniej I chłonąć atmosferę.

Pogoda w Radkowie po przyjeździe nie zapowiadała się najlepsza. Niby zimno nie było, ale ciągle padało.

Po przyjeździe udaliśmy się odebrać pakiet. Akurat finiszowali ultrasi. Kurcze nie powiem, żebym im nie zazdrościł, że mają za sobą ten dystans.




Sam pakiet w porównaniu do asfaltowych biegów, czy do bardziej znanych biegów górskich może nie jakoś specjalnie wypasiony (wyszło może moje lekkie rozbestwienie z asfaltu), ale za to obsługa i wolontariusze przemili i uczynni.

Z Radkowa udaliśmy się do Dusznik żeby się zameldować w hotelu. Jak ktoś będzie się wybierać w tamte rejony, to zdecydowanie polecam hotel Matteo. Bardzo zadbany, cena bardziej niż przystępna, a jedzenie genialne (dla samego placka po węgiersku warto było przyjechać).





Krótko po przyjeździe pogoda zaczęła się zdecydowanie poprawiać,więc wieczorem udalismy się na spacer.

Poranek przywitał nas co raz lepszą pagoda. Szybkie śniadanie (podobnie jak obiad dzień wcześniej pyszne), po którym wyszedłem sprawdzić pogodę, żeby ustalić czy biegnę "na krótko", czy jednak coś więcej na siebie zakładam. Szybka weryfikacja pokazała, że w trasę ruszę jednak w spodenkach i koszulce.

Ruszyliśmy w kierunku startu. Im bliżej celu, tym stres rósł co raz bardziej, ale też pozytywne napięcie. W aucie w ramach budowania odpowiedniego podejścia Glaca i Swett Noise :)

Na miejscu spotkałem się z Piotrkiem. Szybka wymiana planów na taktykę i ustawiliśmy się na starcie przy pięknym zalewie radkowskim. Po 2 dniach deszczu podłoże było już dosyć miekkie, ale odwrotu nie było.

Wreszcie zwartą grupą ruszyliśmy przed siebie. Już na początku okazało się, że to będzie jeden z najcięższych biegów, w jakich dotąd brałem udział. Już na 3 kilometrze zaczął się ostry podbieg. Własciwie to powinienem powiedzieć "podbieg" bo z bieganiem miało to niewiele wspólnego tak ostre to było podejście. Momentami szczerze żałowałem, że nie mam ze sobą jednak kijów jak niektórzy.

Trudy trasy wynagradzały jednak oszałamiające widoki. Nie zatrzymywałem się jednak by je podziwiać, tylko z uporem parłem przed siebie.

Na 7 kilometrze pierwszy punkt odżywczy. Tu przeżyłem pierwszy szok jako asfalciarz. Spodziewałem się kubeczków z wodą i izo, ewentualnie pomarańcze które poznałem w Jakuszycach. Te oczywiście były ale poza nimi cola (o jakiego ona dała kopa energetycznego...coś niesamowitego), paluszki i żele energetyczne od High5. Wziąłem ze sobą 2 na wszelki wypadke i spróbowanie. Do dzisiaj żałuję, że nie wziąlem ich więcej.

Za tym punktem trasa prowadziła na wyższych partiach gór stołowych po bardziej płaskim terenie. Można było lekko zregenerować siły i dalej podziwiać widoki.

Deszcze ostatnich dni dały nam sie też dosyć mocno we znaki. Na trasie błota było strasznie dużo, ale Kanadie sprawdziły się rewelacyjnie. Tym razem nie obtarły w ogóle, a błoto żarły aż miło :)

Z mapki nadrukowanej na numerze startowym (super bajer, który poznałem w Jakuszycach...zajebiste rozwiązanie) wynikało, że czeka nas jeszcze dosyć długi zbieg, krótkie, ale ostre podejście, a po nim znowu zbieg już do samej mety.

Stawka rozciągała się co raz bardziej.

Między 15 a 18 km czekało nas ostatnie ciężkie podejście. Mina mi ewidentnie zrzedła widząc gościa, który pod tę gore wchodził  z wózkiem biegowym. Pomijając już, że wg mnie była to kompletna głupota iść w taka trasę z dzieckiem w wózku, ale za siłę i kondycję należą się wyrazy szacunku.

Ostatni punkt odżywiania i można było się puścić już znacznie luźniej w dół. Tam wciągnąłem żel z High5, bo moje się już skończyły. Szczerze? Strasznie żałuję, że nie wziąłem ich ze sobą więcej, ale nie chciałem wyjść na prostaka, który jak tylko idzi coś za free to ładuje pełen plecak. Same żele super w smaku i konsystencji. W sam raz wodniste, a jednocześnie dające kopa (nawet jeśli było to placebo, to jednak bardzo skuteczne). Jak gdzieś znajdę tę firmę na jakimś expo to pewnie znowu sobie wezmę. Jedyny drobny minus to ich wielkość. Były zdecydowanie mniejsze niż moje z power bar. 35 ml zamiast 50, ale to w sumie pierdoła.

Na ostatnich 2 kilometrach trochtałem z gościem w chuście z Rzeźnika. Jak się okazało biegł w tym roku Rzeźniczka. Skorzystałem więc z okazji i wymeiniłem się doświadczeniami planujac start w Bieszczadach w przyszłym roku. To jest właśnie zajebiste w biegach górskich. Jest zdecydowanie większa więź między zawodnikami niż na asfalcie, gdzie jest mocne ciśnienie na wynik.

Wreszcie wypadłem na ostatnią prostą nad zalewem. Organizatorzy jak nic złośliwie ustawili metę na sporym wzniesieniu, żeby było na fotkach wyraźnie widać cierpienie na twarzach zawodników ;)





Przed startem zakładałem, że chcę ukończyć w 3:30. Mój oficjalny czas to 3:20:05, więc sporo lepiej. Wiem, że mogłoby być jeszcze lepiej, ale jestem zadowolony z tego wyniku.

Tak, to był mój najtrudniejszy bieg w jakim brałem udział. Dużo trudniejszy niż wycieczki biegowe w Karkonosze z Pro-Run. Jednocześnie GUR 24 dał mi najwięcej satysfakcji. Kocham gory, w nich czuję się całkowicie wolny i w nich się resetuję. Czas nie grał tu roli, biegłem dla zabawy i spełnenia.

Było tu wszystko czego można oczekiwać od biegów górskich. Cięzkie podejścia, trudne technicznie zbiegi po kamieniach I korzeniach, na których trzeba było mocno uważać, żeby nie skręcić nogi, czy żeby nie polecieć na twarz. Ten element muszę zdecydowanie poprawić. Jak nic brakuje mi doświadczenia. Gdzieś z tyłu głowy mam jakąś blokadę I obawiam się, że bieżnik w Kanadiach zachaczy i wywinę orła.

Na bank w przyszłym roku będę chciał tam pobiec na dystansie ultra. W tym roku jeszcze nie byłem na to gotowy, ale 24 było już troszkę za mało.

Atmosfera biegu była niesamowita. GUR to jeszcze malutki bieg, z niewielką liczbą sponsorów, właściwie chyba tylko sam Garmin i High5, więc i pakiety nie są tak wypasione jak na Rzeźniku, czy w Krynicy, ale to nie gra żadnej roli. W biegach górskich najważniejsze (przynajmniej dla mnie) jest obcowanie z naturą, z górami i ich majestatem. Nie ma szans, żebym górski półmaraton poleciał w czasie zbliżonym do 2h, ale czas gra tu role drugo, jak nie trzeciorzędną.

Fajnie jest pogadać z kompletnie nieznanymi osobami na trasie o ich odczuciach, czy doświadczeniach. W razie kontuzji można wzajemnie na siebie liczyć.


Tak więc cóż, przyszły rok to dłuższe dystanse...Oficjalnie w planach 2 ultra na ok 50 km, chyba że zostaniemy z Piotrkiem wylosowani na Rzeźnika. Asfaltowe bardziej wybiórczo. Znowu zrobię nocną połówkę (nawet mimi organizacyjnego fakapu w tym roku) i dystans królewski, czyli marathon. Co dalej? To się jeszcze zobaczyć.

Tymczasem...do zobaczenia na trasie.





środa, 6 września 2017

4 perła w koronie - 27. Półmaraton Philips Piła

Sezon wkracza w decydującą fazę. Na drodze ku koronie półmaratonów polskich widać już światełko w tunelu. Tak oto 3 września w Pile zaliczyłem 4 z wymaganych 5 biegów.

Zanim jednak do tego doszło udałem się dzień wcześniej do znajomych do Poznania. Dzięki czemu odpadł mi nocleg w Pile a i droga na bieg była w miłym towarzystwie.

Ostanie kilka dni prognozy zapowiadały znaczne ochłodzenie i deszcze. Ponownie z tym deszczem kompletnie się przepowiednie nie sprawdziły ;) O ile temperatura faktycznie z blisko 30 stopni spadła do przyjemnych 18, to co do opadów, to może chwilkę pokropiło tak w Poznaniu w sobotę, jak i w Pile w dzień biegu.

Z Poznania razem z Iwoną, Robertem i ich 2 dzieciaków wyruszyliśmy chwilę po 7:30 już przebrani w ciuchy biegowe. Do Piły dotarliśmy bez najmniejszego problem. Na miejscu Robert przygotował wózek, w którym miały całą trasę podróżować dzieciaki (mega szacun dla niego...nie dość, że 21 km do zrobienia, to jeszcze pchając przed sobą ok 50 dodatkowych kilogramów) i ruszyliśmy na spotkanie wkurw_teamu.

Nie, to nie ma nic wspólnego z biegiem, ale stało toto pod knajpą, koło której zaparkowaliśmy i skradło mi serce :)

Z każdą chwilę pogoda robiła się co raz lepsza. Słońce wyszło zza chmur i zaczęło się ocieplać. Warunki idealne do biegania. Wziąwszy pod uwagę, że trasa miała być płaska nawet bardziej niż stół zapowiadało się szybkie bieganie. Ja tym razem nie nastawiałem się na żaden konkretny wynik poza oczywistą chęcią złamania 2h. Nie byłem pewien formy i jak tętno się zachowywać będzie, więc nie chciałem się na koniec rozczarować.

Po obowiązkowej fotce ruszyliśmy naszą wesołą ekipą na start.


Każdy ustawił się w swojej strefie i zaczęło się odliczanie przed wyruszeniem w nieznane.


Zacząłem spokojnie mniej więcej w połowie strefy na 1:50. Tym razem biegłem sam pilnując wskazań garmina. Cichy plan zakładał, żeby trzymać średnie tempo w okolicach 5:30/km. Zupełnie jak nie ja udawało się nawet takie tempo faktycznie utrzymywać.

Trasa faktycznie okazała się bardzo płaska. To co lekko mogło spowalniać, to dosyć duża liczba zakrętów, ale umówmy się, że jednak biegliśmy, a nie jechaliśmy samochodem, czy rowerem, więc na zakrętach praktycznie nie traciło się prędkości. Ewentualnie lekko wybijały one z rytmu albo trzeba było uważać na szybszych biegaczy, którzy ścinali te zakręty.

Koło 15 kilometra złapał mnie lekki kryzys, który udało się pokonać żelem i dextro. To tam na ostatnim punkcie dałem sobie trochę więcej luzu popijając wodę i izo od wolontariuszy.

Przy okazji jedna rzecz, na którą w trakcie biegu nie zwróciłem za bardzo uwagi. Poza wodą i izotonikiem właśnie nie było praktycznie nic na punktach odżywczych. Gdzieś co prawda mignęły mi tabletki dextro rozsypane na jezdni, ale ani bananów, ani czekolady nie widziałem. Ok, mi jest wszystko jedno, bo nie korzystam z tego w trakcie biegu i wolę własne, ale na spokojnie analizując bieg trochę mnie to teraz dziwi. Minus dla organizatorów (nieostatni, ale o tym pod koniec). Jest gros biegaczy, którzy banana na rasie potrzebują, albo kostki cukru, czy czekolady, szczególnie ci walczący pod limit (dla jasności wielkie słowa uznania dla nich).

Pokonawszy kryzys ruszyłem dalej przed siebie. O dziwo tempo dalej wychodziło ok zakładanego 5:30. Wiedziałem, że do życiówki zabraknie dużo, ale cieszyłem się i to bardzo, że wreszcie taktycznie udało się zrobić trasę, tak jak pierwotnie zakładałem.

Koło 15 km zauważyłem też, że zrobił się znaczny rozjazd między tym co pokazywał garmin jeśli o kilometraż chodzi, a oznaczeniem trasy. Tak naprawdę od samego początku była pewna różnica, ale tu zrobiła się już wyjątkowo duża. Jak się po biegu okazało nie tylko ja miałem takie wrażenie i organizatorzy zawalili sprawę. Trasa oficjalnie była dłuższa o 220m. Mi wyszło ok 400m więcej. Żeby była jasność. Dla mnie to nie jest problem, ale jak komuś zabrakło kilku sekund do życiówki, czy do złamania np. 2h, to jestem w stanie zrozumieć złość. Inna sprawa, że były to mistrzostwa Polski w półmaratonie, więc wypadałoby jednak zadbać o poważne zmierzenie trasy. Wziąwszy pod uwagę to, oraz punktu odżywiania na trasie, to połówka w Pile wypadła strasznie blado.

Ja wpadłem na metę z oficjalnym czasem 1:57:05. Jestem z tego wyniku jak najbardziej zadowolony. Tempo przez cały czas (poza kryzysem na 15) było mniej więcje równe. Pilnowałem się, żeby nie rwać na początku, dzięki czemu nie przypłaciłem tego odcinaniem na trasie jak to było na Nocnej Połówce, czy w Kielcach. Tętno też było ok i maksymalnie skoczyło do 172.


Do korony został już tylko Kraków. Po drodze jeszcze Radków z większych startów.
Z Krakowem mamy rachunki do wyrównania z zeszłego roku ;)

Za rok korony już raczej robić nie będę. To jednak męczące przedsięwzięcie. Głównie organizacyjnie. Ja pokochałem jednak biegi górskie, nawet pomimo tego, że męczą znacznie bardziej, ale też i satysfakcja jest o wiele większa niż uklepywanie asfaltów w tłumie. Nocną połówkę pewnie zrobię ponownie, w zestawie z maratonem. Może police Warszawę, żeby poczuć ponoć niepowtarzalną atmosferę (i rzekomo jedną z lepszych organizacji). To jednak na chwilę obecną bardzo luźne plany. Co będzie, to zobaczę na spokojnie w zimie jak pojawią się terminy poszczególnych biegów.

Do zobaczenia na trasie.


piątek, 1 września 2017

Podsumowanie sierpnia

Chciałoby mi się powiedzieć "wreszcie kurwa!" To był na prawdę udany miesiąc :)


2 raz w mojej historii z bieganiem pękła bariera 150 km w truchcie. Dokładnie to 151 km. Dystans cieszy. Cieszy mnie też to, że wziąłem się za siebie i wróciłem do wplatania w trening różnych elementów, a nie samo klepanie nudnych kilometrów. Pojawiły się przebieżki. Był fartelek. To czego nie udało mi się zrobić to BNP. Jakoś się jednak nie czułem na siłach, żeby zrobić zakładane 14km z końcówką (i to nie 100m) w BC3. Element do poprawienia w kolejnych miesiącach na bank. Chociaż ciężko o BNP biegając od świateł do świateł, no ale trudno. Były i podbiegi, które aż podejrzanie lekko weszły.

Dystans nabiły też 2 starty w zawodach. Najpierw półmaraton w Wałbrzychu, a potem Jakuszycka Jedenastka. Tak jak pisałem wcześniej z połówki zadowolony do końca nie jestem. Teraz już na spokojnie analizując, to nawet nie o czas chodzi, a o tętno 190. Swoje tam zrobiła oczywiście trasa, swoje też lekkie przetrenowanie. Co do startu w Jakuszycach, to z tego biegu jestem bardzo zadowolony.

Pogoda przez praktycznie cały sierpień była na tyle dobra, że i roweru było sporo. W sumie 74,3 km. Taki wynik udało się zrobić też dzięki dojazdom na treningi crossfitu. To niby tylko ok. 2 km w jedną stronę spod domu, ale jednak robi swoje.

Crossfit. No właśnie. Miałem o nim osobno kilka słów napisać i tak niebawem zrobię, ale chcę najpierw dokończyć kurs fundamentals. Tak, czy inaczej do 17 biegowych jednostek treningowych i 16 jazd rowerem doszły 2 tygodnie podstaw crossfitu po 3 treningi w tygodniu. Wnioski po tych 2 tygodniach? Crossfit jest zajebisty!

Wrzesień to też jeszcze miesiąc dosyć mocno startowy. Na początek połówka w Pile, a w połowie miesiąca 24 km w Radkowie. Takie małe przygotowanie pod ultra.

Powoli muszę zacząć myśleć nad planem na zimę, żeby przepracować ją jak najefektywniej. Na chwilę obecną przoduje pomysł crossfitu i ewentualnego przekonania się do bieżni, żeby cisnąć na niej interwały. Na szczęście zanim zacznę w aquaparku robić wokół siebie kałużę potu mam jeszcze sporo czasu na oswojenie się z tym pomysłem.

Tym czasem...do zobaczenia na trasie.

wtorek, 29 sierpnia 2017

Jakuszycka Jedenastka

Izery. Ze wszystkich gór, jakie kiedykolwiek odwiedziłem to mój najbardziej ukochany region, a do Orlego, czy Chatki Górzystów będę miał zawsze największy sentyment. I może byłbym w stanie wymienić schroniska, które są ładniejsze, ale jednak to do tych miejsc sentiment mam największy.


W związku z tym koledze Łukaszowi nie zajęlo dużo czasu, żeby mnie namówić na Jakuszycką Jedenastkę w ramach Letniego Biegu Piastów. Do wyboru mieliśmy dystans 11, 21 i 50 km. Ultra z góry odrzuciłem, bo to jeszcze nie czas, a połówki nie chciałem robić, bo robiłbym tym samym 3 półmaratony w ciągu 3 tygodni. Jednak troszkę za dużo i tak z resztą czuję powoli lekkie przetrenowanie. Tak więc zapadła decyzja, że lecimy Jakuszycką Jedenastkę.


Tak, czy owak w sobotę rano spakowaliśmy się z Agą do dzielnej Renaty i ruszyliśmy w kierunku Polany Jakuszyckiej, gdzie mieliśmy się spotkać z Łukaszem. Na miejsce dotarliśmy bez większych problemów. Sobota to był główny dzień imprezy, więc parking na Polanie zawalony "po dach".


Sprawnie odebraliśmy pakiety, Łukasz zapisał jeszcze znajomych i byliśmy gotowi. Swoją drogą lubię biegi górskie. Raz, że nie ma takich tłumów, dwa że organizatorzy się dużo bardziej starają.





Z Polany udaliśmy się jeszcze do Harrachova, żeby wykorzystać sytuację i uzupełnić zapas czeskiego piwa ;) Tam też zjedliśmy pyszny obiad. Oj ten smażony ser z knedlikami to chodził za mną od kilku dni :) Knedliki ,wstyd się przyznać jadłem pierwszy raz w życiu :D I porównując ziemniaczane z chlebowymi zdecydowanie polecam te ziemniaczane :)


Po skończonym obiedzie pojechaliśmy do Łukasza. Nie wiem czy bez niego moja durna nawigacja by sobie poradziła ze znalezieniem drogi ;) Bardzo mała miejscowość niedaleko Piechowic. Cisza, spokój (nie licząc gdaczących kur czy muczących krów). Sielanka. W sam raz, by naładować baterie przed biegiem i odpocząć od miasta.


Rano szybkie śniadanie i kawa, i ruszyliśmy ponownie w kierunku Polany Jakuszyckiej.


Początkowo pogoda nie zapowiadała się najlepsza. Chmury wisiały nad głowami, było dosyć zimno i do tego wiało. Jak się okazało nie było jednak tak źle. Wiatr chmury przewiał a temperatura powoli zaczynała rosnąć, pozostając jednak w przyjemnych do biegania granicach.


Tu pierwsze słowa uznania dla organizatorów. Co prawda dużego doświadczenia w biegach górskich nie mam, ale miło zaskoczył mnie numer startowy, na którym narysowana była mapa trasy z oznaczonym punktem odżywczym i rodzajami trasy (asfalt, szuter, górski). Żeby było ciekawiej tras abyła wydrukowana do gory nogami, tak aby w trakcie biegu móc sobie tylko szybko odchylić numer i już widzieć co i gdzie nas czeka. Pierdoła, ale sympatyczny bajer.




Chwilę przed 10 ustawiliśmy się na starcie. Słoneczko wyszło jak na zawołanie, chociaż upału nie było. Ruszylismy przed siebie...


Pierwsze 5 km miało prowadzić asfaltem do Stacji Turystycznej Orle. Mimo pewnego ścisku trasa bajka, praktycznie cały czas z górki, więc można było się całkiem przyjemnie rozpędzić. Tę pierwszą piątke machnąłem w super jak na mnie czasie poniżej 25 minut.


Za Orlem zaczęło się robić weselej :) Najpierw dosyć stormy podbieg, a właściwie podejście. Niezbt długie, ale dające się nawet odczuć.


Chwilę potem zejście w dół. Na tym etapie trasa nie dość, że wąska i ciężko było kogokolwiek wyminąć (dobra, to ja byłem tu wymijany), to trudna technicznie, bo prowadząca po korzeniach, na których łatwo było o wywrotkę.


Po tym wesołym odcinku nawróciliśmy z powrotem w kierunku Orla, gdzie na 7,5 km czekał na nas punkt odżywczy. Nawet chwyciłem sobie kawałek pomarańczy, wciągnąlem dextro i radośnie potruchtałem dalej przed siebie wiedząc, że za chwilę czeka na nas najtrudniejszy odcinek, czyli stosunkowo długi podbieg pod Samolot.


Sam podbieg nie jest jakoś specjalnie stromy, ale jednak daje w kość. Ja się jednak dalej cieszyłem jak dziecko, że jestem z powrotem w moich ukochanych okolicach i spokojnie parłem pod górę motywując się wzajemnie z gościem obok mnie.


Za szczytem ostatnie 2 km to był już zbieg, na którym można się było bardzo przyjemnie rozpędzić. Uważać trzeba było tylko na kamienie, żeby nie skręcić na nich nogi. Tu udało się wykręcić rekordowe tempo 4:10.


Na metę wpadłem z czasem niewiele ponad 1h05min, więc zgodnie z tym co sobie zakładałem.


Przy okazji jeszcze jedna pochwała w kierunku organizatorów. Nie dość, że każdy kilometr był oznaczony, to jeszcze na ostatnim kilometrze co 100 metrów oznaczenie ile zostało do końca. W mieście są wyjątkowe problem z oznaczeniem trasy co kilometr, nie wspominając już o tej końcówce. Można? Można!


Na mecie bardzo fajny medal i pełno owoców plus ponoć bardzo smaczna potrawka z kurczaka z ryżem. Ja swoją oddałem Adze, bo jednak rzadko jem po biegu.




Potwierdziło się te, że w bieganiu najważniejsze jest to, żeby nie być kierowcą ;) Dla chętnych była lemoniadka z żołądkową. Mi jednak nie pozostawało do wyboru nic innego jak woda mineralna.


Chwilę posiedzieliśmy i zebraliśmy się jeszcze do Łukasza na grilla.


I tak oto bardo przyjemnie spędziliśmy weekend w górach.


To był bieg typowo dla zabawy. Bez ciśnienia na wynik. W 100% cieszyłem sie samym faktem startu i podziwiałem widoki.


Letni Bieg Piastów na bank wchodzi na moją listę biegów w kategorii "must". Na przyszły rok już się z Łukaszem umówiliśmy na dłuższy dystans. Izery to nie są wymagające gory pod względem przewyzszeń, dlatego też najprawdopodobniej polecimy tam 50 km, a jeśli nie, to przynajmniej połówkę.


Każdemu, kto miałby ochotę zacząć przygodę z biegami górskimi będę polecać ten bieg. Nie jest wymagający technicznie. Suma przewyższeń nie jest też wysoka, więc ktoś kto zejdzie z asfaltu nie dozna szoku. Sam bieg zorganizowany jest rewelacyjnie. Widać, że mają doświadczenie z zimowego Biegu Piastów. No i z Wrocławia nie jest wcale daleko, bo jedynie ok 130 km, więc można wyskoczyć nawet tylko na 1 dzień.


Baterie naładowałem. W następny weekend wyprawa na północ po 4 perłę do korony, czyli półmaraton w Pile. Będzie, jak będzie. Chyba zaczynam odpuszczać walkę o jak najlepszy czas. Życiówkę na głównych dystansach już i tak w tym roku na wiosnę poprawiłem ;) Co ma być, to będzie. Wolę się miło zaskoczyć.


Do zobaczenia na trasie.