Przypomnijcie sobie kiedy ostatnio nie mieliście prądu w mieszkaniu. Ile to trwało? Godzinę? Dwie, a może trzy? Jak się czuliście w tej sytuacji? Poirytowani? Znudzeni, bo nie działa nic i nie macie dostępu do informacji w internecie? Obejrzeć czegoś w telewizji, albo na kompie dla zabicia czasu też się nie da (laptop trochę pociągnie, ale tylko kilka godzin). A może wystraszeni, bo np. nie lubicie siedzieć w ciemnościach (raczej mało kto obecnie trzyma w domu zapaś świeczek poza prepersami)? O ile sam pamiętam ostatnią awarię, to generalnie tragedii nie było, a z komunikatów dostawcy można się było dowiedzieć ile mniej więcej potrwa awaria.
To teraz sobie wyobraźcie, że prądu nie ma nie kilka godzin, ale kilka dni. I to nie tylko w jednej klatce, lub na jednym osiedlu, ale w całym kraju. Nawet więcej, prądu nie ma w całej Europie! Dostęp do internetu przez transfer danych leży. W ogóle komórki leżą i nie ma sieci, więc nie ma jak zadzwonić gdziekolwiek i wyjaśnić sytuację. Ilu z was ma jeszcze stacjonarny telefon, (bo te jeszcze po części działają)?
A ile macie gotówki normalnie w domu? Ok, wszyscy mamy na koncie, ale bankomaty bez prądu też tak jakby nie działają...Chłodnie w sklepach wyłączone, jedzenie zaczyna się psuć (oczywiście to co mieliśmy w domach o ile nie zostało już zjedzone, też się popsuło).
I na koniec inny problem. Nie ma wody w kranach, więc nie ma jak się umyć. To da się jeszcze wytrzymać. Ale wyobraźcie sobie, że macie sporą rodzinę i każdy chce do toalety. Jak ją spłuczecie?
Taką katastrofę opisuje w swojej książce "Blackout" Marc Elsberg.
Dawno tak dobrej książki nie miałem w rękach (poza opisywanym wcześniej oczywiście Shantaram, ale to kompletnie inny gatunek literatury).
Autor doskonale opisuje dynamikę wydarzeń. Poszczególne rozdziały są króciutkie. Po 1-3 strony. Przeskakują z opisem wydarzeń z miasta, do miasta, z kraju, do kraju. Takie rozwiązanie świetnie oddaje jak sytuacja się rozwija. I jak poszczególne sztaby kryzysowe sobie radzą z zaistniałą sytuacją, a właściwie jak sobie nie radzą.
Co poraża, to fakt, jak wiele spraw jest ze sobą powiązanych. Napięcie w elektrowniach staje się niestabilne, zaczynają się automatyczne wyłączenia, prąd nie dociera do stacji przekaźnikowych. Szpitale są bez prądu, nie ma jak podtrzymywać różnych urządzeń podtrzymujących życie.
Problemy zaczynają się w elektrowniach atomowych... Nie będę zdradzać więcej, żeby nie psuć nikomu świetnej historii. Zastanówcie się tylko nad jeszcze jedną sytuacją. Wyobraźcie sobie, że jesteście producentem mleka. Macie u siebie powiedzmy 1000 krów. Krów, których organizmy są nastawione na produkcję mleka. Przez brak prądu nie działają dojarki. Jak je wydoicie? Ręcznie? 1000 sztuk? A wymiona są co raz bardziej nabrzmiałe...
"Blackout" przeraża i skłania do refleksji. Przeraża, bo uzmysławia jak cholernie uzależniliśmy się od technologii. Pokazuje też do czego zdolni są zdesperowani ludzie. i nie, nie tylko do heroicznych czynów. To nie jest opowieść z Hollywood (chociaż idealnie by się nadawało na scenariusz filmu i może takowy powstanie, o ile już nie powstaje/powstał, a ja o tym po prostu nie wiem), w której ludzkość staje ponad podziałami (dobra, elementy są). Elsberg pokazuje w swojej książce cały proces dehumanizacji. Jak przestajemy myśleć o sąsiadach, czy ludziach, których znamy tylko przelotnie. Najważniejsi w chwilach całkowitego kryzysu są nasi najbliżsi i my sami.
Tak więc, jeśli szukacie bardzo dobrego thrillera, to zdecydowanie polecam. Książka krótka nie jest (blisko 800 stron), ale to tylko jej plus, bo po jej skończeniu czuje się pustkę, że tak szybko się ją pochłonęło.
I uwierzcie mi, że niejednokrotnie wydarzenia w niej przedstawione Was zaskoczą. Nie tylko tym, że nie pomyśleliście o potencjalnym scenariuszu, ale też poprzez nagły zwrot wydarzeń.
piątek, 19 sierpnia 2016
wtorek, 2 sierpnia 2016
Sportowe podsumowanie lipca
Mamy sierpień, czas zatem podsumować biegowo-rowerowy lipiec.
Jak myślę o lipcu pod względem sportowym, to mam mieszane uczucia. Ok, urlop, przeziębienie skutkujące osłabieniem organizmu. Generalnie jakiś marazm mnie dopadł i zabrakło "świeżości w kroku" jak mawiał klasyk Bohdan Tomaszewski.
Biegowo o 12 km mniej, niż w czerwcu. Za to rowerem blisko 90 km więcej. Tyle, że ja ten rower bardziej traktuję jako luźne uzupełnienie treningu podstawowego, jakim jest bieganie i jako transport na Estadio Olimpico, czy Parkrun, niż jako trening właściwy. No ale nie ma co marudzić :)
Jak myślę o lipcu pod względem sportowym, to mam mieszane uczucia. Ok, urlop, przeziębienie skutkujące osłabieniem organizmu. Generalnie jakiś marazm mnie dopadł i zabrakło "świeżości w kroku" jak mawiał klasyk Bohdan Tomaszewski.
Biegowo o 12 km mniej, niż w czerwcu. Za to rowerem blisko 90 km więcej. Tyle, że ja ten rower bardziej traktuję jako luźne uzupełnienie treningu podstawowego, jakim jest bieganie i jako transport na Estadio Olimpico, czy Parkrun, niż jako trening właściwy. No ale nie ma co marudzić :)
cały czas nie jestem w stanie zrozumieć czemu Endomondo nie potrafi po ludzku tego przetłumaczyć ;)
Żeby nie siać tylko defetyzmu, że ten lipiec był taki słaby (bo w gruncie rzeczy nie był... to chyba tylko moje oczekiwania po czerwcu były większe), to jest kilka zdecydowanych pozytywów.
Po pierwsze 3 kolejne Parkruny zaliczone i poprawiona życiówka 2 razy. Obecnie wynosi 25:08. Wg mnie całkiem nieźle. Jest o co walczyć dalej. Na pewno celem na najbliższe tygodnie, to zejście poniżej 24 minut.
Po drugie to wycieczka biegowa z Pro-Run, o której pisałem w poprzednim poście. Tam opisałem szerzej temat, więc tu się na niej skupiać nie będę. Tak czy owak nie podejrzewałbym się o to, że zaliczę w górach 24 km. Można? Można! Warto było, nawet jeśli zakwasy mam ciągle takie, że w robocie poważnie rozważam zjeżdżanie 1 piętro windą, żeby wyjść z budynku ;)
Teraz nastał sierpień. W planie 2 niełatwe starty. Bieg Niezłomnych w Sobótce (od tego biegu się tak naprawdę moje bieganie zaczęło na poważnie) i Bieg Oborygena w Obornikach Śląskich, nowe zawody na biegowej mapie (z)Dolnego Śląska. Jak będzie? Dobrze, a nawet bardzo dobrze! Nie może być inaczej. Wracam do biegowego rytmu i dobrze mi z tym, a samych startów już się doczekać nie mogę.
Kończąc temat, W 2016 mam już "nalatane" 632 km, czyli jestem co raz bliżej założonych 1000 km na ten rok. Jak utrzymam dotychczasową statystykę, to w połowie listopada będę mógł skupić się na leżeniu na kanapie ;) A na poważnie, to kolejne cele już się krystalizują. Nie wyzwania, a cele właśnie. SMARTne cele oczywiście, ale o tym przy innej okazji.
niedziela, 31 lipca 2016
Wycieczka biegowa
30 lipca wybraliśmy się na wycieczkę biegową z Pro-Run w Karkonosze. W planie było ok. 24 km po górach. Chwilę po 7 ruszyliśmy spod Aquaparku w sile 50 osób spragnionych biegania w pięknych okolicznościach przyrody. Pogoda wybitnie dopisała.
Trasa zaczynała się w Jagniątkowie. Stamtąd w kierunku Śnieżnych Kotłów, Wielkiego Szyszaka, przez Czarną Przełęcz i z powrotem do Przesieki.
Pierwszych kilka kilometrów od razu było sprawdzianem. Ostro w górę, ale widoki nagrodziły zdecydowanie ten wysiłek.
Trasa zaczynała się w Jagniątkowie. Stamtąd w kierunku Śnieżnych Kotłów, Wielkiego Szyszaka, przez Czarną Przełęcz i z powrotem do Przesieki.
Trasa wyznaczona przez Jacka Urbanowicza na mapa-turystyczna.pl
Od samego rana humory wszystkim dopisywały. Każdy już się nie mógł doczekać, żeby ruszyć na szlak. Trochę ponad 2 godziny jazdy i byliśmy na miejscu. Pozostało założyć "rynsztunek biegowy" (to miał być chrzest bojowy moich nowych opasek kompresyjnych na łydki) i ruszyć na trasę.
Zbliżamy się do celu. Kurde to po tych górach mamy biegać?
Pierwszych kilka kilometrów od razu było sprawdzianem. Ostro w górę, ale widoki nagrodziły zdecydowanie ten wysiłek.
foto by Jacek Urbanowicz
foto by Jacek Urbanowicz
foto by Jacek Urbanowicz
Po kilku kilometrach dotarliśmy do Śnieżnych Kotłów . Widok zapierał dech w piersiach.
Wreszcie zaczęło się z górki, chociaż przyznam, że po grani, wziąwszy pod uwagę mój lekki lęk wysokości i miejscami chybotliwość kamieni, lekko nie było.
foto by Jacek Urbanowicz
foto by Jacek Urbanowicz
foto by Jacek Urbanowicz
Czeskie Kamienie :)
foto by Jacek Urbanowicz
Wydawać by się mogło, że jak z górki, to już będzie luz. A w życiu ;) Sporo kamieni, na których trzeba było mocno uważać. Tempo za to zaczęło rosnąć, mimo silnego już zmęczenia. Woda się po drodze zaczęła kończyć, więc zacząłem ją uzupełniać w okolicznych potokach (na pewno na przyszłość będę musiał zainwestować w plecak z bukłakiem...nie dość, że więcej wody do niego wchodzi, to i zdecydowanie wygodniejszy na takie trasy, niż zwykły pas biegowy).
Na koniec dotarliśmy do Przesieki, gdzie czekał na nas zimny browar :) Czerwony Skalak, pycha po takim wysiłku.
Licznik pokazał ponad 24 km, czyli najdłuższy dystans, jaki dotąd kiedykolwiek przebiegłem i do tego w takich warunkach.
Punktem kulminacyjnym była kąpiel w lodowatym Wodospadzie Podgórnej. Jak dobrze nam wszystkim ta woda zrobiła na umęczone mięśnie.
foto by Jacek Urbanowicz
Powrót do Wrocławia, mimo zmęczenia, przebiegł w doskonałym nastroju. Od razu pojawiły się pytania o następną taką wycieczkę :) Cóż, jak już kiedyś wspominałem, biegacze całkiem normalni nie są. To, że mięśnie i stopy bolały było niczym wobec uczucia spełniania, że pokonaliśmy ten dystans i każdy z nas już teraz chce kolejnej takiej wyprawy.
Na koniec kilka wniosków.
Po pierwsze kryzys biegowy, który przez lipiec się za mną wlókł chyba bezpowrotnie minął :) Skoro po górach byłem w stanie przebiec 24 km z różnicą przewyższeń sięgającą 1000 m, to po płaskim będzie tylko lepiej.
Po drugie opaski kompresyjne są zajebiste :) Nie mam pewności, czy bez nich łydki by się zachowywały tak samo, ale dzisiaj absolutnie nie bolą, a w trakcie biegu kompletnie ich nie czułem.
Na przyszłość plecaczek biegowy zdecydowanie będzie musiał uzupełnić mój sprzęt biegowy. Do pasa trochę da się upchać, ale pomijając już nawet samą wodę, to kurtki na chłodniejszą część trasy nie miałem jak zabrać (na szczęście pogoda przez cały czas była idealna).
Dziękuję Pro-Run i wszystkim uczestnikom tej wycieczki. fantastyczne doświadczenie :) A tym, którzy wybierają się w te okolice pobiegać, albo nawet powędrować, zdecydowanie polecam. Widoki są, jak widzieliście, przepiękne.
piątek, 22 lipca 2016
Roladki schabowe z szynką schwartzwaldzką
Bez bicia się przyznam, że od dłuższego czasu częściej u nas gotuje Aga. Się wygodny zrobiłem ;) Ale też i Aga zajebiście gotuje.
Tak, czy owak korzystając z ostatnich chwil urlopu i chcąc zrobić Adze przyjemność zabrałem się dzisiaj za roladki schabowe z szynką szwartzwaldzką i ogórasem w środku.
Na początek kupiłem 4 kawałki pięknego schabu w okolicznym sklepie. Po oczyszczeniu ze zbędnych białych naleciałości, których nie trawię, rozbiłem mięcho młotkiem. Każdy kawał posmarowałem musztardą sarepską i doprawiłem. Nigdy nie mam określonej listy przypraw, zawsze biorę co mam pod ręką, dzisiaj padło na paprykę wędzoną ostrą, zioła prowansalskie, zieloną czubricę. Na tak przygotowany kawałek mięsa położyłem plaster szynki i przeciętego na pół ogórka konserwowego. Pozostało już tylko zawinąć roladkę i spiąć wykałaczkami.
Całość się powolutku dusi, pora wstawić ziemniaki. Teoretycznie ziemniaki można było wstawić wcześniej, ale zrobiło to celowo. W czasie jak ziemniaki się gotują mięsko pięknie przejdzie sosem i zmięknie. Oczywiście jest to ważniejsze gdy robicie tę potrawę z mięsem wołowym, bo ono potrzebuje znacznie więcej czasu, ale i wieprzowinka chwili potrzebuje, żeby być kruchą.
Cała potrawa wbrew pozorom jest banalnie prosta. Fakt, trochę czasochłonna, szczególnie w trakcie przygotowywania mięsa, ale myślę że warto :) Smacznego.
Aha, sos zostanie, warto go sobie zamrozić "na później" i zjeść chociażby nawet z samym makaronem jak w tygodniu nie chce się nic gotować ;)
Tak, czy owak korzystając z ostatnich chwil urlopu i chcąc zrobić Adze przyjemność zabrałem się dzisiaj za roladki schabowe z szynką szwartzwaldzką i ogórasem w środku.
Na początek kupiłem 4 kawałki pięknego schabu w okolicznym sklepie. Po oczyszczeniu ze zbędnych białych naleciałości, których nie trawię, rozbiłem mięcho młotkiem. Każdy kawał posmarowałem musztardą sarepską i doprawiłem. Nigdy nie mam określonej listy przypraw, zawsze biorę co mam pod ręką, dzisiaj padło na paprykę wędzoną ostrą, zioła prowansalskie, zieloną czubricę. Na tak przygotowany kawałek mięsa położyłem plaster szynki i przeciętego na pół ogórka konserwowego. Pozostało już tylko zawinąć roladkę i spiąć wykałaczkami.
2 już się smażą, 2 czekają na swoją kolei :)
Każdą roladkę należy ładnie podsmażyć zanim trafi do gara z sosem. Jeśli chodzi o sos, to tu trochę też na łatwiznę idę, bo za podstawę robi fix do sosu myśliwskiego, ale i tak od siebie dodaję paprykę i ulubione przyprawy (jak chociażby maggi). Całość zagęszczam ciemną zasmażką. Dosypałem jeszcze trochę papryki wędzonej, żeby sos nabrał charakteru (jak mam to dodaję jeszcze węgierskiej pasty paprykowej, ale akurat się skończyła) i kostkę bulionową. Po doprawieniu sosu roladki w nich topię i niech się duszą :)
Roladki i papryka czekają na kąpiel w sosie
Cała potrawa wbrew pozorom jest banalnie prosta. Fakt, trochę czasochłonna, szczególnie w trakcie przygotowywania mięsa, ale myślę że warto :) Smacznego.
Tak, wiem że trochę niewyraźne, ale już głodny się zrobiłem :)
Aha, sos zostanie, warto go sobie zamrozić "na później" i zjeść chociażby nawet z samym makaronem jak w tygodniu nie chce się nic gotować ;)
środa, 20 lipca 2016
Sauna
Ostatni raz w saunie byłem jakoś 15-16 lat temu jeszcze w czasach trenowania taekwon-do. Jako, że obecnie do wrocławskiego Aquaparku mam 10 minut na piechotę, a w dodatku mam urlop, to stwierdziłem, że się przejdę. Dodatkową motywacją był fakt, że coś podziębiony jestem (chorobę ponoć najlepiej wypocić :p), a mięśnie po ostatnich treningach jakoś wybitnie zmęczone i bolące.
Miła pani na wstępie podpowiedziała od czego zacząć jako saunowy ignorant. Przebrałem się, wchodzę do saunarium i szok. Kurde duże to to jak cholera. Dobra, szukam sauny kamiennej. Zaczęło się dobrze. Temperatura ok 60 stopni. Siedzę sobie i radośnie się pocę, a tu nagle zgrzyt jakiś łańcuchów i wychyla się wiadro rozgrzanych kamieni i zanurza w wodzie. Zajebiste uczucie :)
Kolejna była biosauna. Temperatura 55 stopni, podwyższona wilgotność, jakieś przyjemne olejki (za drugim razem trafiłem na miętę pieprzową...rewelacja).
Po tych dwóch saunach dla ochłody zaliczyłem basen thalasso, który wg opisu ma imitować wodę z Morza Martwego. Równie miłe.
Po tym wszystkim zwiedzania ciąg dalszy i trafiłem na sauny zewnętrzne. Na pierwszy ogień poszła sauna fińska Bali. Tam już temperatura sporo wyższa, bo sięgająca nawet 100 stopni. Jako, że ta sauna jest zbudowana z drewna, efekt i pierwsze wrażenie o wiele lepsze niż poprzednie.
Następną była znowu fińska Korsu. I w tej się zakochałem. Na stronie Aquaparku w opisie można przeczytać, że po pierwsze temperatura 85-95 stopni i wilgotność 10-20%. Dodatkowo sauna poniżej poziomu ziemi. Co mi się w niej najbardziej spodobało, to po pierwsze zapach sosny (na środku kominek z palącym się w nim drewnem), muzyczka relaksacyjna i dźwięki ptaków. Coś pięknego.
Po tych 2 fińskim szybki, lodowaty prysznic i zanurzenie się w chłodnym basenie. O jak dobrze mi było.
Na koniec pierwszego razu z aquaparkowym saunarium ponownie biosauna i kamienna z finałem pod lodowaty prysznicem.
Generalnie cały wypad oceniam bardzo in plus. Ciało czuje się zdecydowanie lepiej, odprężone i zrelaksowane. Pierwsze chwile lekko dziwne, bo jednak nie jestem przyzwyczajony do chodzenia w samym ręczniku, albo i bez, ale szybko mija ;) Wziąwszy pod uwagę, że weekendy mam treningowo ostatnio intensywne, to odpoczynki na saunie zdecydowanie trafią do tygodniowego harmonogramu. Saun jest naprawdę sporo i mam ich jeszcze kilka do odkrycia (bodaj ze dwie jeszcze fińskie z temperaturą pod 100 stopni i rzymska parowa). Dzisiaj to było tylko takie "rozpoznanie terenu". I szczerze powiedziawszy czuję się po tym wypadzie zdecydowanie lepiej. Po osłabieniu przeziębieniem nie ma śladu (chociaż pewnie to nie był najlepszy pomysł, żeby tam dzisiaj iść). Mięśnie całkowicie przestały boleć. Warto również dodać, że wrocławski Aquapark bardzo dba o to miejsce. Jest czysto, obsługa miła i budują kolejne atrakcje, czyli nie osiedli na (zasłużonych) laurach. Jak tylko macie taką możliwość, to polecam chociaż raz w tygodniu przejść się na saunę. Nie ma co katować swojego ciała kolejnymi treningami. Jakkolwiek uderzenie endorfin po zaliczeniu kilku(nastu) kilometrów jest miłe, ale odrobina takiego lenistwa jak miałem dzisiaj też działa terapeutycznie i wydaje się fajnym uzupełnieniem treningu.
A jak ten dzisiejszy wypad wpłynął na kondycję, to się przekonam jutro na faktycznym treningu, ale jestem dobrej myśli.
Miła pani na wstępie podpowiedziała od czego zacząć jako saunowy ignorant. Przebrałem się, wchodzę do saunarium i szok. Kurde duże to to jak cholera. Dobra, szukam sauny kamiennej. Zaczęło się dobrze. Temperatura ok 60 stopni. Siedzę sobie i radośnie się pocę, a tu nagle zgrzyt jakiś łańcuchów i wychyla się wiadro rozgrzanych kamieni i zanurza w wodzie. Zajebiste uczucie :)
Kolejna była biosauna. Temperatura 55 stopni, podwyższona wilgotność, jakieś przyjemne olejki (za drugim razem trafiłem na miętę pieprzową...rewelacja).
Po tych dwóch saunach dla ochłody zaliczyłem basen thalasso, który wg opisu ma imitować wodę z Morza Martwego. Równie miłe.
Po tym wszystkim zwiedzania ciąg dalszy i trafiłem na sauny zewnętrzne. Na pierwszy ogień poszła sauna fińska Bali. Tam już temperatura sporo wyższa, bo sięgająca nawet 100 stopni. Jako, że ta sauna jest zbudowana z drewna, efekt i pierwsze wrażenie o wiele lepsze niż poprzednie.
Następną była znowu fińska Korsu. I w tej się zakochałem. Na stronie Aquaparku w opisie można przeczytać, że po pierwsze temperatura 85-95 stopni i wilgotność 10-20%. Dodatkowo sauna poniżej poziomu ziemi. Co mi się w niej najbardziej spodobało, to po pierwsze zapach sosny (na środku kominek z palącym się w nim drewnem), muzyczka relaksacyjna i dźwięki ptaków. Coś pięknego.
Po tych 2 fińskim szybki, lodowaty prysznic i zanurzenie się w chłodnym basenie. O jak dobrze mi było.
Na koniec pierwszego razu z aquaparkowym saunarium ponownie biosauna i kamienna z finałem pod lodowaty prysznicem.
Generalnie cały wypad oceniam bardzo in plus. Ciało czuje się zdecydowanie lepiej, odprężone i zrelaksowane. Pierwsze chwile lekko dziwne, bo jednak nie jestem przyzwyczajony do chodzenia w samym ręczniku, albo i bez, ale szybko mija ;) Wziąwszy pod uwagę, że weekendy mam treningowo ostatnio intensywne, to odpoczynki na saunie zdecydowanie trafią do tygodniowego harmonogramu. Saun jest naprawdę sporo i mam ich jeszcze kilka do odkrycia (bodaj ze dwie jeszcze fińskie z temperaturą pod 100 stopni i rzymska parowa). Dzisiaj to było tylko takie "rozpoznanie terenu". I szczerze powiedziawszy czuję się po tym wypadzie zdecydowanie lepiej. Po osłabieniu przeziębieniem nie ma śladu (chociaż pewnie to nie był najlepszy pomysł, żeby tam dzisiaj iść). Mięśnie całkowicie przestały boleć. Warto również dodać, że wrocławski Aquapark bardzo dba o to miejsce. Jest czysto, obsługa miła i budują kolejne atrakcje, czyli nie osiedli na (zasłużonych) laurach. Jak tylko macie taką możliwość, to polecam chociaż raz w tygodniu przejść się na saunę. Nie ma co katować swojego ciała kolejnymi treningami. Jakkolwiek uderzenie endorfin po zaliczeniu kilku(nastu) kilometrów jest miłe, ale odrobina takiego lenistwa jak miałem dzisiaj też działa terapeutycznie i wydaje się fajnym uzupełnieniem treningu.
A jak ten dzisiejszy wypad wpłynął na kondycję, to się przekonam jutro na faktycznym treningu, ale jestem dobrej myśli.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
























